W Ataa pochowany jest m.in. Niels Christian Gundel (urodzony 21.września 1818, zmarł 25.marca, 1891), który zarządzał tu stacją wielorybniczą przez 39 lat. Czterokrotnie się żenił oraz miał dziewiętnaścioro dzieci. Znalazłem też grób jednego z jego synów (?) - jest na zdjęciu powyżej - Johan Gundel.
Obecnie w Ataa znajdują się 4 nieźle zachowane budynki i drugie tyle znajdujące się w stanie postępującego rozkładu.Miejscowy gospodarz powiedział mi,że z roku na rok coraz mniej ludzi tu przybywa i tym bardziej cieszy go mój widok, mimo iż nie jestem paying customer.
Domki dostępne dla turystów są w bardzo przyzwoitym standardzie, z ciepłą wodą, ogrzewaniem oraz kuchnią.Dostępne od czerwca do pierwszych dni września.Poza sezonem Ataa jest całkowicie opuszczona.Gdy przybywają turyści łodzią z Ilulisat, otwierana jest restauracja, z serwowanymi miejscowymi przysmakami: grillowanym pstrągiem łapanym w rzecce zasilającej Ataa w słodką wodę, zupą z foczego z mięsa, pieczonym wielorybem z pomidorami, grenlandzkimi mulami oraz łososiem.
Spędzam piękny wieczór, słuchając muzyki i patrząc cały czas na góry lodowe. Nie ma internetu, nie ma zasięgu i właściwie nie ma żadnych zmartwień. Poza lekko uszkodzonym na kamieniach kajakiem.Jak się jednak okazało, był to mój ostatni dzień wiosłowania na Grenlandii.
Mapka dnia 8.-przepływam 28,5 km
C.D.N.Dzień 9.
W domku na materacu śpi mi się wspaniale i pozwalam sobie na poranek bez najmniejszego pośpiechu. Spaceruje wokół osady, a nawet po 9 dniach dane mi jest skorzystać z miejscowej latryny.Z niej też pochodzi poniższe zdjęcie
;)
Przypływają wspomnieni kajakarze z Niemiec.Od 9 dni poruszali się po wodach Ataa Sund.Ich wypożyczone kajaki, jak i cały sprzęt wygląda bardzo profesjonalnie.Lekko przecierają oczy widząc mój kajak i słysząc o pokonanej trasie wokół Wyspy Korony Królewskiej (Avre Prinsens Ejland).
Targały mną sprzeczne emocje.Z jednej strony chciałem popłynąć do Port Victor i zobaczyć z bliska lodowiec Eqi Sermia.Z drugiej strony na jednym z kamieni z dna kajaka urwała się zaślepka, przez która niestety dość szybko kajak nabierał wody.O ile miałem zestaw naprawczy, to raczej jego efekt byłby wielce daleki w przypadku reperowania owej zaślepki.Do Port Victor było 25 km,czyli pełny dzień wiosłowania, w tym trawers zatoki.
Kajakarze z Niemiec poinformowali,że pak lodowy wokół Port Victor uniemożliwia tam wpłynięcie mniejszym łodziom, kajakom, a co dopiero kajakowi pneumatycznemu.Okej, odpuszczam.Tylko co teraz.Przed wyprawą za sprawą dość dużej promocji, jak na Air Greenland dodatkowo kupiłem sobie bilet na lot powrotny helikopterem z Uummannaq do Ilulissat, licząc że gdzieś na trasie uda mi się znaleźć kogoś, kto może mnie tam zabrać.To się nie udało.Wracając jednak szybciej do Ilulissat miałem jeszcze szansę na znalezienie kogoś na miejscu bądź wykupienie lotu na szybko.Od gospodarza Ataa dowiedziałem się,że około 13.00 przypływa łódź turystyczna na lunch w Ataa i jeśli będzie miejsce, mogą mieć zabrać do Ilulissat.Na wszelki wypadek pakuje cały swój ekwipunek.
Jak się okazuje, za 500DK mogę popłynąć do Ilulissat (normalna cena 1950 DK w obie strony).Korzystam z niej.Łodzią, którą widać na poniższym zdjęciu wracam do Ilulissat, nieco szybciej niż kajakiem
;)
Łódź jest pełna kilkunastu turystów w średnio-starszym wieku.Wszyscy b.sympatyczni, z dużymi lustrzankami i ewidentnie nie narzekający na finanse
;) W ciągu półtorej godziny jestem z powrotem w Ilulissat.W hostelu pytam się o możliwie wolne miejsce i takowe się dla mnie znajduje.Dzwonię do domu informując,że żyje, lecz uprzedzam,że nieco mniej obywatela wróci do kraju.Hostel w Ilulissat jest najtańszą możliwą opcją spędzenia noclegu pod dachem.Ja nie jestem wymagający i mi on odpowiada, lecz trzeba przyznać, iż prawie wyłącznie rano znajduje się tam ktoś z obsługi.Plusem hostelu jest pozostawianie prowiantu przez wkrótce wybywających.
Na spokojnie mogłem wyprać ubrania, które były w całości w wodzie morskiej.Udaje się też na spacer w celu wypytania o ewentualne możliwości transportu do Uummannaq. W pubie korzystam z internetu i oglądam wraz z Grenlandczykami jeden z meczów Duńczyków w p.ręczną podczas IO w Rio (nie półfinał z Polską).
Wieczorem na miejscowym "stadionie" odbywa się mecz.Oglądam go w całości.Szczerze życzę,aby niepodległościowe zapędy Grenlandii w pierwszej kolejności spowodowały ich pragnienia o dołączeniu do UEFA.Fakt, że terytorialnie Grenlandia należy do Ameryki Północnej, ale oficjalnie wciąż podlega rządowi duńskiemu.Co by jednak nie było w starszej i młodszej młodzieży z Ilulissat widać było duży potencjał i zaangażowanie.Szczerze życzę im w przeciągu 20 lat powtórzenia sukcesu Islandczyków na ME we Francji.
Wieczorem odpoczywam, powoli kończę "Niezłomnego" i godzę się z myślą,że to tyle jeśli chodzi o moją kajakową przygodę na Grenlandii.Wspominam niesamowity film dokumentalny z 1922 (!!) roku - Nanuk z Północy.Gorąco polecam - https://www.youtube.com/watch?v=m4kOIzMqso0
"Nanuk z Północy" to film dokumentalny ukazujący jeden rok z życia Inuitów. Głównym 'bohaterem' jest Nanook - przedstawiciel tej społeczności - oraz jego rodzina. Film ukazuje, jak żyli Inuici, jak radzili sobie w nieprzyjaznym, bo zimym środowisku, które jednak było ich domem, w którym nawet zdobycie pożywienia było zawsze wielką sztuką...
C.D.N.Dni 10-12.
Od rana chodzę po mieście w poszukiwaniu opcji ewentualnego transportu do Uummannaq. Żadne łodzie turystyczne, ani pasażerskie tam nie pływają, wszystkie kończą swój rejs na Ilulissat. Przechadzam się też po porcie i pytam paru osób czy może znają kogoś, kto płynie do tego miasteczka. (ok. 10h w jedną stronę motorówką przy dobrej pogodzie).Bezskutecznie.
W internecie sprawdzam, iż lotów już nie ma.Niemniej jednak jedna osoba z Air Zafari jest święcie przekonana, iż jest jedno miejsce na lot do Qaarsut, które znajduje się blisko Uummannaq. Qaarsut to swego rodzaju łącznik pomiędzy Upernavik, Ilulissat oraz Uummannaq. Dzwonię do Air Greenland, gdzie inofrmują mnie, iż jedno miejsce na lot za ... półtorej godziny.Nic to, raz się żyje, szybko się pakuje i biorę taksówkę na lotnisko.Na miejscu dowiaduje się, iż lot jest opóźniony, ale szans na miejsce dla mnie praktycznie nie ma. A jeśli jest, to z małym bagażem podręcznym.Mój kajak z wiosłami nie mieścił się w żadnej ze skrytek lotniskowych, a nie chciałem ukrywać kajaka, który ma dla mnie szczególną wartość gdzieś wokół lotniska, licząc może ktoś go nie znajdzie.
Definitywnie odpuszczam Uummannaq.Wracam do hostelu,za który zresztą miałem opłaconą noc.Na mieście porozwieszane są plakaty zapowiadające imprezę wieńczącą koniec lata - Ilulissat Multi Arena.Z tej okazji zaopatruję się w nieco mocniejszy trunek i czekam na trzy koncerty mające odbyć się w Ilulissat Hallen,czyli miejscowym domu kultury i centrum rozrywki.
Koncerty zaczynają się późno, od 22.Początkowo na hali znajduje się mniej niż 10 osób, ale w ciągu dwóch godzin sala zapełnia się całkowicie.To nie lada wydarzenie dla 5-tysięcznego miasteczka leżącego 250 km na północ od koło podbiegunowego.Niezmiernie żałuję,że na koncert nie wziąłem kamerki ani aparatu.W internecie nie mogę znaleźć najmniejszej wzmianki o koncercie, a z drugiej strony może i dobrze, w dobie wydarzeń przesiąkniętej wszem i wobec ludźmi z permanentnym nagrywaniem koncertów na komórkach.
Koncerty są świetne, wszystkie w rodzimym języku, w szczególności urzekł mnie trzeci zespół grający coś a la rock alternatywny ze świetnym perkusistą, trzema gitarami i damskim wokalem.Wraz z poznanymi ludźmi z hostelu zostajemy do 2 w nocy.
Kolejny dzień jest jedynym, w którym padał deszcz.Jeszcze raz odwiedzam muzeum Knuta Rasmusena, a w dalszej części dnia kończę książkę i pozostawiam ją na półce w hostelu.
Nazajutrz miałem w planie odbyć trekking po szlaku, dla którego przybywają do Ilulissat turyści. Jest trasa wzdłuż fiordu, pod czoło lodowca.
Quote:
Fiord ten ma ok. 40 km długości, 7 km szerokości i do 1200 m głębokości. U jego nasady leży Sermeq Kujalleq (Jakobshavn Isbræ) – najszybciej przesuwający się lodowiec świata. Przemieszcza się on w tempie do 19 m dziennie w kierunku zachodnim. Odłamują się od niego przy tym ogromne góry lodowe, mogące mieć do kilku kilometrów długości i do kilometra wysokości. Wystają na 150 m ponad powierzchnię wody. Wraz z pływami morskimi przesuwają się one wzdłuż fiordu, aż trafią na wypiętrzenie dna u wylotu fiordu o głębokości ok. 300 m. Większe góry lodowe zatrzymują się w tym miejscu, co powoduje gromadzenie się lodu. W 2004 roku fiord wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO
Trasa ma 3 warianty, w tym najdłuższy 7-kilometrowy. W większości łatwy i przyjemny, a w pierwszej części dostępne nawet dla turystów na wózkach inwalidzkich.W tym też fragmencie trasy znajduje się też najwięcej Azjatów z lustrzankami.
Pod czołem lodowca znajdowała się kiedyś prehistoryczna osada Sermermiut.
Quote:
Odkryto tam ślady bytności ludzkiej poczynając od kultury Saqqaq (2400–900 p.n.e.) przez Dorset (800–100 p.n.e.) po kulturę Thule (od 1200 p.n.e.). Ostatni mieszkańcy Sermemiut przeprowadzili się do Ilulissat w 1850 r. W okolicy znaleziono ślady innych, mniejszych osad, w których jak dotąd nie przeprowadzono jeszcze badań archeologicznych.
Przy jednym ze szlaków ponoć można znaleźć kości Inuitów i takie możliwości oferuje World of Greenland przy zakupie wycieczki zorganizowanej. Mi takowych nie udało się znaleźć, podziwiam Icefjord na własną rękę i jest mi z tym najlepiej.A jest na co patrzeć...
:P
Pogoda fantastyczna, odczuwalne około 20 stopni.Lód co rusz pęka, ale do tego zdążyłem się już przyzwyczaić.
C.D.NOstatni dzień
Ostatni dzień to tradycyjnie kupienie paru pamiątek do domu.Przeszedłem się też po przedmieściach.Wokół Ilulissat pomieszkuje około 3500 psów rasy husky.Większość, czyli poza tymi najmniejszymi, jest oczywiście uwiązana do swoich bud.W lecie głównie wylegują się w słońcu, by w zimie tworzyć zaprzęg składający się z kilkunastu psiaków.
Wieczorem, chcąc w końcu skosztować czegoś z miejscowego menu, zapisałem się na grenlandzki bufet do hotelu Hvide Falk.Wstęp za 300 koron, ale jesz do woli.
Było tam po prostu wszystko - steki z wieloryba, focze mięso, burgery z renifera i woła piżmowego plus wszystkie rodzaje ryb.Co za uczta, po prawie dwóch tygodniach na liofilizatach i owsiance. Było warto
;)
Mój lot był nazajutrz rano.Wieczór i noc planowałem spędzić rozbijając namiot tuż obok lotniska.Wcześniej dość szybko udaje mi się złapać stopa i nie dźwigam całego bagażu przez 3 km, które dzieli lotnisko od hostelu (taksówka 100DK).Ostatni wieczór nad fiordem to piękne zwieńczenie całej wyprawy z ulubioną muzyką w słuchawkach i podziwianiem zachodzącego słońca nad Zatoką Disko.
Plan powrotu:
Ilulissat - Aasiat // Air Greenland
Aasiat - Kangerlussuaq // Air Greenland
Kangerlussuaq - Kopenhaga // Air Greenland
nocka na lotnisku CPH
Neptun bus do Malmo
Malmo - Gdańsk
;) Wizzair
W Ilulissat jest opcja wypożyczenia kajaków, spędzenia wieczoru z przewodnikiem pośród gór lodowych za kilkaset duńskich koron.W kayak clubie, który znajduje się w "centrum" jest opcja zaaranżowania nawet dłuższych wypraw dla zorganizowanych grup, z pełną logistyką. Abstrahując od cen, które za samą wycieczkę (nie uwzględniając lotów) wynoszą kilkanaście tysięcy złotych, jest jednak coś, co sprawia, iż taka zorganizowana wyprawa wcale mnie nie pociąga.Dla mnie kilkanaście osób to już mini-machina ekspedycyjna.Owszem, przewodnik pokaże kilka miejsc, których być może ja nie dostrzegłem, jakiś ptasi klif, ukryte skamieliny, a nawet pozostałości po osadach.Kajaki też byłyby lepsze, szybsze, a już na pewno bez uciekającego powietrza.Zorganizowana wyprawa zabija jednak dla mnie to co najpiękniejsze w wyprawach - indywidualną kreatywność i odkrywanie wszystkiego samemu dzień po dniu.Przygodę.Kiedy podróżuje się samotnie(lub w b.małych grupach) dostrzega się więcej, nie podąża się ślepo za przewodnikiem, jak dzieci we mgle.I jest się zdanym tylko na siebie.To właśnie sprawia mi największą przyjemność, każdy dzień to coś nowego, nieprawdopodobnego.Tak jak dla mnie ta cała wyprawa, począwszy od mgły w Ilulissat, wielorybów i fok,poprzez walkę z falami aż po dotarcie do Ritenbenk i dalej na spokojnych wodach do Ataa.
5 lat temu nigdy bym nie pomyślał,że będę pływał pośród gór lodowych,a już tym bardziej w dmuchanym kajaku...
FINITO
;)Zachęcam do obejrzenia mojego nowego, bardziej szczegółowego filmu z tegorocznej kajakowej Grenlandii.Dzień po dniu, w 7 minut na "zielonej wyspie"
:P
Dziękuję
;)
znalazłem w necie zdjęcia miejsca w Ritenbenk - gdy wejdzie się na ten kopiec z kamieni, jest szansa złapać jedną kreskę sygnału
:P
Populacja niedźwiedzi polarnych na Grenlandii, choć trudna do oszacowania, wynosi około 500 sztuk.To 1/5 tego co na Svalbardzie.Niedźwiedzie znajdują się bardziej na północ (czasem widziane już w okolicach Upernavik), choć oczywiście było takie zagrożenie,że jeden miś z 500 podryfuje do mnie na górze lodowej.Ostatni raz niedźwiedź w okolicach Ilulissat był widziany w 1997 roku.Uprzedzając potencjalne pytanie - nie, nie miałem broni przeciwko niedźwiedziom.Napisałem sporo maili pytających o potencjalne zagrożenie w zatoce Disko oraz na Półwyspie Nussaq, popytałem też na miejscu. Wszyscy mnie uspokajali, a więc i ja pozostałem spokojny.Widziałem za to niedaleko kajaka wieloryby (!) i foki, ale o tym później
;)
Fajna wyprawa, zazdroszczę.Misie jak misie, ale nie bałeś się zatopienia przy odłamaniu kawałka góry lodowej? Powiadali (i pokazywali) w Ilulissat, że czasami mogą wywołać małe tsunami.
Wow, czuję super relacje
:) Właśnie ostatnio pojawiła się w mojej głowie myśl o popływaniu kajakiem ale może jeszcze nie na Grenlandii
;) tylko po norweskich fiordach. Czekam na opis kolejnych dni, zwłaszcza tego spotkania z wielorybami.
Quote:Misie jak misie, ale nie bałeś się zatopienia przy odłamaniu kawałka góry lodowej? Powiadali (i pokazywali) w Ilulissat, że czasami mogą wywołać małe tsunami.Tak, to było spore zagrożenia i od większych gór lodowych w miarę możliwości starałem się trzymać z daleka.Przy tych mniejszych pływałem dość blisko
;) Quote:Niesamowite widoki! Mam pytanie czysto techniczne, co to za namiot?Apollo LightQuote: Właśnie ostatnio pojawiła się w mojej głowie myśl o popływaniu kajakiem ale może jeszcze nie na Grenlandii
;) tylko po norweskich fiordach.Polecam więc relacje z linka w podpisie
;) Przez 4 fiordy na dach Skandynawii i jezioro GjendeQuote:można wiedzieć ile wyniósł Cię lot?Niemało, o ile pamiętam to 3700zł na trasie CPH - SFJ - JAV RT plus doloty do Kopenhagi SAS-em i powrót z Malmo Wizzairem. Ciężko obecnie o jakieś lepsze promocje w Air Greenland.
Obowiązkowo to i to
;) Svalbard bardziej dostępny lotniczo, a więc suma sumarum pewnie wyjdzie nieco taniej.Zależy też jakie masz oczekiwania i ile czasu.Jeśli np. 5 dni - Spitsbergen.Jak już się się leci na Grenlandię,to fajnie mieć 10-14 dni jak nie więcej.Trekkingowo i tu i tu znajdziesz coś dla siebie.
@BooBooZBPowiedz mi proszę, jak wygląda sprawa z obozowaniem na Spitsbergenie? Planuję się tam wybrać na przełomie czerwca i stycznia. Czy są tam jakieś wyznaczone trasy trekkingowe poza Longyearbyen? Można rozbijać się na dziko czy tylko na wyznaczonych polach kempingowych? Co z niedzwiedzimi? Nie jest to niebezpieczne, aby spać w namiocie? (nawet mając strzelbę w śpiworze)?
:D
@gecko Rozumiem,że chodzi o przełom czerwca i lipca
;) Oczywiście jako baze wypadową najłatwiej mieć samo Longyearbyen i tamtejszy - jedyny camping tuż przy lotnisku.Co do strzelby i miśków, to kempingując poza miastem w nocy trzeba mieć na zmianę warty, bo zagrożenie jest realne i tutaj mając strzelbę w śpiworze może być za późno
;) Polarnicy stosują tzw. płot pirotechniczny, czyli rozbity wokół namiotu stelaż połączony z linką i zapalnikiem.Docelowo jak miś w to wejdzie, zrobi się huk, fajerwerki i teoretycznie powinien się oddalić
;) Jest kilka tras trekkingowych, z tych najbliższych szlak na Sarkofagen.Można popłynąć do Piramiden i spędzić tam kilka dni.Parę dni pojawiła się b.fajna relacja na f4free - szlakiem uposzczonych kopalń na Spitsbergenie.Polecam!Ale generalnie Svalbard poza Longyearbyen to w większości trekking poza utartym szlakiem.
@BooBooZBhaha, rzeczywiście
:D tak.. chodziło o przełom czerwca i lipca
:D chyba jestem już trochę zmęczony
:D w kazdym razie dzięki za przydatne info! jak coś jeszcze mi się przypomni, to będę walił na PW
:)
BooBooZB napisał:W czerwcu powrót na Svalbard czy może gdzieś indziej?
;)Grenlandia... Narsasuaq – Ilulissad, na łodzi
:) Więc jako, że jesteś specjalistą w tym regionie będę miała zapewne dużo pytań
:) Muszę się tam dostać i wrócić
:)A Svalbard znając mnie, to wystarczą dość tanie bilety i parę dni wolnego bym tam była
:)
Dobry ten "Niezłomny"? Bo "Zew natury" całkiem całkiem.Wyprawę już komplementowałem, Grenlandię zresztą polecam z czystym sumieniem, choć nie było mi dane poznawać jej w tak fajny sposób. Mam przy okazji pytanie - dlaczego umieszczasz (jak i inni zresztą) Grenlandię w Europie?
:)
Rewelacja. Zazdraszczam takiego samozaparcia i pomyslu na przygodę. Wieloryby, foki, góry lodowe super a te kolory bajka Wysłane z mojego SM-A500FU przy użyciu Tapatalka
@ewaolivka @woy @serror @lukasz0207 @gecko @Carollayna @Gregggor @ane.wald @sko1czek @Japonka76 @sajko @BrunoJ @ara - Wszystkim bez wyjątku, choć większości z lekkim opóźnieniem, dziękuje za miłe słowa.Myślę,że uda się w tym tygodniu napisać relację do końca.
Gratuluję wyprawy i relacji ! Na prawdę pięknie to wygląda, pozytywnie zazdroszczę. Mam też parę pytań. Co to za kajak ?
:D Jeśli mogę zapytać , czym na co dzień się zajmujesz ?
:)Jak radziłeś sobie z codzienną toaletą w takim miejscu, domyślam się że raczej nie kąpałeś się w słonej wodzie
:D I najważniejsze chyba pytanie jakie przeciętnie temperatury towarzyszyły Ci codziennie ?
Kajak - Sevylor Pointer K2Co do nawigacji, to miałem mapę kupioną na miejscu w Ilulissat plus z domu wydrukowane mapki ze strony nunagis.gl (właśnie z tej strony wrzucam pokonane przeze mnie kolejno dystanse dzień po dniu - POLECAM).Dodatkowo do lokalizacji własnego położenia używałem aplikacji MAPS.ME oraz maps google w trybie offline (na Grenlandii przydało mi się głównie MAPS.ME, a w Norwegii Google Maps).Nie używałem żadnego zaawansowanego GPS-a.Co do temperatur, to wahały się one od 0 w nocy do nawet 15 stopni w ciągu dnia szczęśliwie mając słoneczną pogodę(a tą miałem ,jak widać na zdjęciach przez 80% wyprawy).Trzeba jednak brać poprawkę,że na wodzie, a już w szczególności pośród gór lodowych, temperatura odczuwalna jest nieco niższa,a najzimniej jest w stopy, gdyż nimi najmniej ruszasz.Swoje trzy grosze dodaje też wiatr.Co do toalety i szeroko pojętej higieny - jeśli chodzi o to pierwsze, to jestem dość restrykcyjny i nigdy nie pozostawiam po sobie śladów.Wprawdzie nie mam ze sobą saperki, ale odejście 100 metrów na bok w dziewiczym terenie bez szlaków i przykrycie kamieniami uważam za wystarczające by natura sobie z tym poradziła w dość krótkim czasie.Podczas pływania kajakiem aż tak się nie pocisz jak podczas trekkingu, temperatury wieczorem zresztą nie zachęcały do rozkoszowania się kąpielami, choć sama wizja robienia tego wśród gór lodowych...
:P . Zmęczenie też robiło swoje,a więc generalnie sprawy higieniczne ograniczałem do niezbędnego minimum.Gdy miałem szczęście dotrzeć na wieczór do jakiegoś strumyk - korzystałem.Może i byłem lekko zniesmaczony widząc,że siebie w lustrze po prawie 10 dniach w Ataa, ale who cares
;) Za to prysznic w hostelu...Ehhh
:P Jeśli pytasz co robię na co dzień - prowadzę w Trójmieście firmę zajmującą się pracami na wysokościach,a więc oficjalnie - alpinista przemysłowy
;)
BooBooZB napisał:Zorganizowana wyprawa zabija jednak dla mnie to co najpiękniejsze w wyprawach - indywidualną kreatywność i odkrywanie wszystkiego samemu dzień po dniu.Przygodę.Kiedy podróżuje się samotnie(lub w b.małych grupach) dostrzega się więcej, nie podąża się ślepo za przewodnikiem, jak dzieci we mgle.I jest się zdanym tylko na siebie.To właśnie sprawia mi największą przyjemność, każdy dzień to coś nowego, nieprawdopodobnegoJako osoba z dość odległym w czasie, ale i dość sporym doświadczeniem kajakowym, zarówno w dużych grupach (kilkuset osobowe duże spływy) jak i w indywidualnych wyprawach w 1-3 kajaki, w pełni sie podpisuje. Dopisuje sie do listy zazdrośników.
:)Super wyprawa i super relacja. Gratki!
Małe podsumowanie:Loty: GDN - CPH - SFJ - JAV oraz JAV - JEG - SFJ - CPH oraz MMX - GDNCena za loty (w sumie): 4125zł (w tym dopłaty za nadbagaż)Cena za noc w hostelu: 400DK (około 200zł z małym plusem)Dystans pokonany - 162 km (z czego 158,5 kajakiem i 3,5 pieszo z z kajakiem w plecaku) - nie liczę szlaków nad IcefjordemIlość dni bez widzenia ludzkiej twarzy: 3Kajak - Sevylor Pointer K2Namiot - Apollo LightŚpiwór - puchowy CumulusJedzenie: podstawowa baza - liofilizaty Lyo Food oraz Trek N EatWaga: -3kgWidziane: wieloryby, foki oraz niezliczona ilość ptactwa (może @lesna8 będzie wiedzieć co widzimy w tych okolicach
;) )Przeżycia:
:P Wszystkim dziękuję za dobrnięcie do końca dość długiej relacji
Spotkana dziś na Półwyspie Helskim poświerka szponiasta przypomniała o tamtejszym ptasim światku. To właśnie poświerki a także czeczotki, śnieguły i białorzytki były najczęściej spotykanymi wróblakami. Na morzu mewy: polarna i siodłata, nurniki i fulmary czyli północny standard. W czasie trekkingu na jeziorkach śpiewnym głosem odzywały się nury lodowce, na mniejszych bajorkach żerowały płatkonogi szydłodziobe, pod nogami kręciły się pardwy a nad głowami bieliki i sokoły. Zestaw niczego sobie, mnie usatysfakcjonował.O Grenlandii się marzy, na Grenlandię się powraca
;)
Mimo, że jak mam wybór zawsze wybieram dżunglę i gorąc to czytając kolejną relację z Grenlandii cegiełka po cegiełce buduje się most którym chyba w końcu trzeba będzie przejść na drugą stronę
;) Super wyprawa, graty.
Ależ to pyszne, po prostu nie mogę się przestać podniecać Grenlandią. Ale już planuję wypad !!! Na kajak się nie odważę, ale kije i będzie łażenie...Szacuneczek, zazdrość i wielkie dzięki za super inspirację!
@adamek @szpulatek @ambushCytując wróżbitę Macieja - dziękuję za uznanie
;) i przebrnięcie przez całość relacji.@adamek - jakie plany trekkingowe na Grenlandii, ACT?
Po przeczytaniu do końca tej relacji to właściwie płakać mi się chce, jaki to ja jestem "cienki Bolek" z tym moim podróżowaniem
:( w porównaniu zZazdroszczę podjęcia wyzwania i tego opętania na zimne krajobrazy i samotne wyprawy. Ja się raczej nie zdecyduję, więc tym bardziej proszę o kolejne, kolejne i kolejne relacje i zdjęcia.Powtórzę raz jeszcze - wszelkie odcienie niebieskiego z lodu nie są chyba w stanie dorównać odcieniom niebieskiego z samej wody.
Ja tam jestem zdania,że generalnie w życiu(w miarę możliwości), a już przede wszystkim w podróżach, każdy powinien robić to co najbardziej lubi, w czym się czuje na siłach, a zarazem sprawia mu największą radość.Czy to dotyczy kierunku czy ilości osób z jaką się podróżuje.Dla mnie jest to północ i póki co chyba nie zanosi się, by miało się zmienić
:PMi taki wysiłek jak na Grenlandii daje energię na kolejnych parę tygodni/miesięcy, by żyć normalnie, wspominać, pracować i planować kolejne wyprawy.
Kurde mialem dylemat... przeprowadzic sie na Islandie czy SvalbardPo pol roku na Islandii mam dosc. Od miesiaca jest dzien. Zle sie spi. Jak se oczy zaslonie to tez przeszkadza, bo drazni. W Europie podczas upalow po nocach snily mi sie lodowce, a teraz tylko zorze polarne. Z utesknieniem marze o zielonych smugach na niebie zwiastujacych koniec arktycznych upalow i poczatek normalnego snu.A o Grenlandii tez sie gada. W Polsce mowia "ale ta Islandia piekna", tutaj mowia "ale ta Grenlandia piekna". Jesli chodzi o cele turystyczne, Hiszpania jest taka polska Teneryfa, a Grenlandia taka polska Islandia. A ja zyskalem pseudonim Ísbjörn, co po islandzku znaczy dokladnie to samo, co po grenlandzku NanookSwoja droga, przelecialbym se na Inuitki. To prawda, ze sie nie caluja? Tylko problem w tym, ze moj organizm niestety jest bardzo egzotermalny i igloo mogloby tego nie wytrzymac...
W Ataa pochowany jest m.in. Niels Christian Gundel (urodzony 21.września 1818, zmarł 25.marca, 1891), który zarządzał tu stacją wielorybniczą przez 39 lat. Czterokrotnie się żenił oraz miał dziewiętnaścioro dzieci. Znalazłem też grób jednego z jego synów (?) - jest na zdjęciu powyżej - Johan Gundel.
Obecnie w Ataa znajdują się 4 nieźle zachowane budynki i drugie tyle znajdujące się w stanie postępującego rozkładu.Miejscowy gospodarz powiedział mi,że z roku na rok coraz mniej ludzi tu przybywa i tym bardziej cieszy go mój widok, mimo iż nie jestem paying customer.
Cennik noclegów w Ataa można zobaczyć tutaj: http://www.touristnature.com/English/At ... dation.htm
Domki dostępne dla turystów są w bardzo przyzwoitym standardzie, z ciepłą wodą, ogrzewaniem oraz kuchnią.Dostępne od czerwca do pierwszych dni września.Poza sezonem Ataa jest całkowicie opuszczona.Gdy przybywają turyści łodzią z Ilulisat, otwierana jest restauracja, z serwowanymi miejscowymi przysmakami: grillowanym pstrągiem łapanym w rzecce zasilającej Ataa w słodką wodę, zupą z foczego z mięsa, pieczonym wielorybem z pomidorami, grenlandzkimi mulami oraz łososiem.
Spędzam piękny wieczór, słuchając muzyki i patrząc cały czas na góry lodowe. Nie ma internetu, nie ma zasięgu i właściwie nie ma żadnych zmartwień. Poza lekko uszkodzonym na kamieniach kajakiem.Jak się jednak okazało, był to mój ostatni dzień wiosłowania na Grenlandii.
Mapka dnia 8.-przepływam 28,5 km
C.D.N.Dzień 9.
W domku na materacu śpi mi się wspaniale i pozwalam sobie na poranek bez najmniejszego pośpiechu. Spaceruje wokół osady, a nawet po 9 dniach dane mi jest skorzystać z miejscowej latryny.Z niej też pochodzi poniższe zdjęcie ;)
Przypływają wspomnieni kajakarze z Niemiec.Od 9 dni poruszali się po wodach Ataa Sund.Ich wypożyczone kajaki, jak i cały sprzęt wygląda bardzo profesjonalnie.Lekko przecierają oczy widząc mój kajak i słysząc o pokonanej trasie wokół Wyspy Korony Królewskiej (Avre Prinsens Ejland).
Targały mną sprzeczne emocje.Z jednej strony chciałem popłynąć do Port Victor i zobaczyć z bliska lodowiec Eqi Sermia.Z drugiej strony na jednym z kamieni z dna kajaka urwała się zaślepka, przez która niestety dość szybko kajak nabierał wody.O ile miałem zestaw naprawczy, to raczej jego efekt byłby wielce daleki w przypadku reperowania owej zaślepki.Do Port Victor było 25 km,czyli pełny dzień wiosłowania, w tym trawers zatoki.
Kajakarze z Niemiec poinformowali,że pak lodowy wokół Port Victor uniemożliwia tam wpłynięcie mniejszym łodziom, kajakom, a co dopiero kajakowi pneumatycznemu.Okej, odpuszczam.Tylko co teraz.Przed wyprawą za sprawą dość dużej promocji, jak na Air Greenland dodatkowo kupiłem sobie bilet na lot powrotny helikopterem z Uummannaq do Ilulissat, licząc że gdzieś na trasie uda mi się znaleźć kogoś, kto może mnie tam zabrać.To się nie udało.Wracając jednak szybciej do Ilulissat miałem jeszcze szansę na znalezienie kogoś na miejscu bądź wykupienie lotu na szybko.Od gospodarza Ataa dowiedziałem się,że około 13.00 przypływa łódź turystyczna na lunch w Ataa i jeśli będzie miejsce, mogą mieć zabrać do Ilulissat.Na wszelki wypadek pakuje cały swój ekwipunek.
Jak się okazuje, za 500DK mogę popłynąć do Ilulissat (normalna cena 1950 DK w obie strony).Korzystam z niej.Łodzią, którą widać na poniższym zdjęciu wracam do Ilulissat, nieco szybciej niż kajakiem ;)
Łódź jest pełna kilkunastu turystów w średnio-starszym wieku.Wszyscy b.sympatyczni, z dużymi lustrzankami i ewidentnie nie narzekający na finanse ;) W ciągu półtorej godziny jestem z powrotem w Ilulissat.W hostelu pytam się o możliwie wolne miejsce i takowe się dla mnie znajduje.Dzwonię do domu informując,że żyje, lecz uprzedzam,że nieco mniej obywatela wróci do kraju.Hostel w Ilulissat jest najtańszą możliwą opcją spędzenia noclegu pod dachem.Ja nie jestem wymagający i mi on odpowiada, lecz trzeba przyznać, iż prawie wyłącznie rano znajduje się tam ktoś z obsługi.Plusem hostelu jest pozostawianie prowiantu przez wkrótce wybywających.
Na spokojnie mogłem wyprać ubrania, które były w całości w wodzie morskiej.Udaje się też na spacer w celu wypytania o ewentualne możliwości transportu do Uummannaq. W pubie korzystam z internetu i oglądam wraz z Grenlandczykami jeden z meczów Duńczyków w p.ręczną podczas IO w Rio (nie półfinał z Polską).
Wieczorem na miejscowym "stadionie" odbywa się mecz.Oglądam go w całości.Szczerze życzę,aby niepodległościowe zapędy Grenlandii w pierwszej kolejności spowodowały ich pragnienia o dołączeniu do UEFA.Fakt, że terytorialnie Grenlandia należy do Ameryki Północnej, ale oficjalnie wciąż podlega rządowi duńskiemu.Co by jednak nie było w starszej i młodszej młodzieży z Ilulissat widać było duży potencjał i zaangażowanie.Szczerze życzę im w przeciągu 20 lat powtórzenia sukcesu Islandczyków na ME we Francji.
Wieczorem odpoczywam, powoli kończę "Niezłomnego" i godzę się z myślą,że to tyle jeśli chodzi o moją kajakową przygodę na Grenlandii.Wspominam niesamowity film dokumentalny z 1922 (!!) roku - Nanuk z Północy.Gorąco polecam - https://www.youtube.com/watch?v=m4kOIzMqso0
"Nanuk z Północy" to film dokumentalny ukazujący jeden rok z życia Inuitów. Głównym 'bohaterem' jest Nanook - przedstawiciel tej społeczności - oraz jego rodzina. Film ukazuje, jak żyli Inuici, jak radzili sobie w nieprzyjaznym, bo zimym środowisku, które jednak było ich domem, w którym nawet zdobycie pożywienia było zawsze wielką sztuką...
C.D.N.Dni 10-12.
Od rana chodzę po mieście w poszukiwaniu opcji ewentualnego transportu do Uummannaq. Żadne łodzie turystyczne, ani pasażerskie tam nie pływają, wszystkie kończą swój rejs na Ilulissat. Przechadzam się też po porcie i pytam paru osób czy może znają kogoś, kto płynie do tego miasteczka. (ok. 10h w jedną stronę motorówką przy dobrej pogodzie).Bezskutecznie.
W internecie sprawdzam, iż lotów już nie ma.Niemniej jednak jedna osoba z Air Zafari jest święcie przekonana, iż jest jedno miejsce na lot do Qaarsut, które znajduje się blisko Uummannaq. Qaarsut to swego rodzaju łącznik pomiędzy Upernavik, Ilulissat oraz Uummannaq. Dzwonię do Air Greenland, gdzie inofrmują mnie, iż jedno miejsce na lot za ... półtorej godziny.Nic to, raz się żyje, szybko się pakuje i biorę taksówkę na lotnisko.Na miejscu dowiaduje się, iż lot jest opóźniony, ale szans na miejsce dla mnie praktycznie nie ma. A jeśli jest, to z małym bagażem podręcznym.Mój kajak z wiosłami nie mieścił się w żadnej ze skrytek lotniskowych, a nie chciałem ukrywać kajaka, który ma dla mnie szczególną wartość gdzieś wokół lotniska, licząc może ktoś go nie znajdzie.
Definitywnie odpuszczam Uummannaq.Wracam do hostelu,za który zresztą miałem opłaconą noc.Na mieście porozwieszane są plakaty zapowiadające imprezę wieńczącą koniec lata - Ilulissat Multi Arena.Z tej okazji zaopatruję się w nieco mocniejszy trunek i czekam na trzy koncerty mające odbyć się w Ilulissat Hallen,czyli miejscowym domu kultury i centrum rozrywki.
powyższe zdjęcie nie jest moje - http://static.panoramio.com/photos/large/58478557.jpg
Koncerty zaczynają się późno, od 22.Początkowo na hali znajduje się mniej niż 10 osób, ale w ciągu dwóch godzin sala zapełnia się całkowicie.To nie lada wydarzenie dla 5-tysięcznego miasteczka leżącego 250 km na północ od koło podbiegunowego.Niezmiernie żałuję,że na koncert nie wziąłem kamerki ani aparatu.W internecie nie mogę znaleźć najmniejszej wzmianki o koncercie, a z drugiej strony może i dobrze, w dobie wydarzeń przesiąkniętej wszem i wobec ludźmi z permanentnym nagrywaniem koncertów na komórkach.
Koncerty są świetne, wszystkie w rodzimym języku, w szczególności urzekł mnie trzeci zespół grający coś a la rock alternatywny ze świetnym perkusistą, trzema gitarami i damskim wokalem.Wraz z poznanymi ludźmi z hostelu zostajemy do 2 w nocy.
Kolejny dzień jest jedynym, w którym padał deszcz.Jeszcze raz odwiedzam muzeum Knuta Rasmusena, a w dalszej części dnia kończę książkę i pozostawiam ją na półce w hostelu.
Nazajutrz miałem w planie odbyć trekking po szlaku, dla którego przybywają do Ilulissat turyści. Jest trasa wzdłuż fiordu, pod czoło lodowca.
Trasa ma 3 warianty, w tym najdłuższy 7-kilometrowy. W większości łatwy i przyjemny, a w pierwszej części dostępne nawet dla turystów na wózkach inwalidzkich.W tym też fragmencie trasy znajduje się też najwięcej Azjatów z lustrzankami.
Pod czołem lodowca znajdowała się kiedyś prehistoryczna osada Sermermiut.
Przy jednym ze szlaków ponoć można znaleźć kości Inuitów i takie możliwości oferuje World of Greenland przy zakupie wycieczki zorganizowanej. Mi takowych nie udało się znaleźć, podziwiam Icefjord na własną rękę i jest mi z tym najlepiej.A jest na co patrzeć... :P
Pogoda fantastyczna, odczuwalne około 20 stopni.Lód co rusz pęka, ale do tego zdążyłem się już przyzwyczaić.
C.D.NOstatni dzień
Ostatni dzień to tradycyjnie kupienie paru pamiątek do domu.Przeszedłem się też po przedmieściach.Wokół Ilulissat pomieszkuje około 3500 psów rasy husky.Większość, czyli poza tymi najmniejszymi, jest oczywiście uwiązana do swoich bud.W lecie głównie wylegują się w słońcu, by w zimie tworzyć zaprzęg składający się z kilkunastu psiaków.
Wieczorem, chcąc w końcu skosztować czegoś z miejscowego menu, zapisałem się na grenlandzki bufet do hotelu Hvide Falk.Wstęp za 300 koron, ale jesz do woli.
Było tam po prostu wszystko - steki z wieloryba, focze mięso, burgery z renifera i woła piżmowego plus wszystkie rodzaje ryb.Co za uczta, po prawie dwóch tygodniach na liofilizatach i owsiance. Było warto ;)
Mój lot był nazajutrz rano.Wieczór i noc planowałem spędzić rozbijając namiot tuż obok lotniska.Wcześniej dość szybko udaje mi się złapać stopa i nie dźwigam całego bagażu przez 3 km, które dzieli lotnisko od hostelu (taksówka 100DK).Ostatni wieczór nad fiordem to piękne zwieńczenie całej wyprawy z ulubioną muzyką w słuchawkach i podziwianiem zachodzącego słońca nad Zatoką Disko.
Plan powrotu:
Ilulissat - Aasiat // Air Greenland
Aasiat - Kangerlussuaq // Air Greenland
Kangerlussuaq - Kopenhaga // Air Greenland
nocka na lotnisku CPH
Neptun bus do Malmo
Malmo - Gdańsk ;) Wizzair
W Ilulissat jest opcja wypożyczenia kajaków, spędzenia wieczoru z przewodnikiem pośród gór lodowych za kilkaset duńskich koron.W kayak clubie, który znajduje się w "centrum" jest opcja zaaranżowania nawet dłuższych wypraw dla zorganizowanych grup, z pełną logistyką. Abstrahując od cen, które za samą wycieczkę (nie uwzględniając lotów) wynoszą kilkanaście tysięcy złotych, jest jednak coś, co sprawia, iż taka zorganizowana wyprawa wcale mnie nie pociąga.Dla mnie kilkanaście osób to już mini-machina ekspedycyjna.Owszem, przewodnik pokaże kilka miejsc, których być może ja nie dostrzegłem, jakiś ptasi klif, ukryte skamieliny, a nawet pozostałości po osadach.Kajaki też byłyby lepsze, szybsze, a już na pewno bez uciekającego powietrza.Zorganizowana wyprawa zabija jednak dla mnie to co najpiękniejsze w wyprawach - indywidualną kreatywność i odkrywanie wszystkiego samemu dzień po dniu.Przygodę.Kiedy podróżuje się samotnie(lub w b.małych grupach) dostrzega się więcej, nie podąża się ślepo za przewodnikiem, jak dzieci we mgle.I jest się zdanym tylko na siebie.To właśnie sprawia mi największą przyjemność, każdy dzień to coś nowego, nieprawdopodobnego.Tak jak dla mnie ta cała wyprawa, począwszy od mgły w Ilulissat, wielorybów i fok,poprzez walkę z falami aż po dotarcie do Ritenbenk i dalej na spokojnych wodach do Ataa.
5 lat temu nigdy bym nie pomyślał,że będę pływał pośród gór lodowych,a już tym bardziej w dmuchanym kajaku...
FINITO ;)Zachęcam do obejrzenia mojego nowego, bardziej szczegółowego filmu z tegorocznej kajakowej Grenlandii.Dzień po dniu, w 7 minut na "zielonej wyspie" :P
znalazłem w necie zdjęcia miejsca w Ritenbenk - gdy wejdzie się na ten kopiec z kamieni, jest szansa złapać jedną kreskę sygnału :P
mi się udało :)